Jak trafiła do mnie Tosia? - w jaki sposób nie brać psa

wtorek, 24 marca 2015

Jedno z pierwszych zdjęć Tosi.
Siedem lat temu byłam uczennicą gimnazjum i chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego co robię. Bardzo zależało mi na własnym psie, ale rodzice nie chcieli się na niego zgodzić, bo będzie szczekać, bo będzie brudzić w domu, bo nie. Byłam jednak uparta i postanowiłam, że i tak postawię na swoim. Tu przydałoby się napomknąć, że na tym etapie powinnam zakończyć wszelkie działania w celu zrealizowania planu "własny pies". Właśnie tak postąpiłaby odpowiedzialna osoba, ale ja miałam wtedy więcej szczęścia niż rozumu ;). 
Nikt nie oddałby psa niepełnoletniej osobie, więc postanowiłam, że będzie musiał znaleźć się sam. Przygarnę psa z ulicy. Na szczęście żaden nie błąkał się w tamtym czasie, nie wiem czy chciałabym go zatrzymać od razu, czy szukałabym właściciela. Dziś wybrałabym to drugie rozwiązanie. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś chciał na zawsze zabrać moją zgubę i nawet nie próbowałby odnaleźć jej prawdziwego domu.
Po jakimś czasie dowiedziałam się, że do rodziny koleżanki przybłąkała się suczka. Parę miesięcy później urodziła szczeniaki i... Nie, Tosia nie była jednym ze szczeniąt, to właśnie ona była ich matką. Chłopcy podrośli i pojawił się kłopot. Co jak będą już na tyle duzi, by zechcieć przekazać swoje geny dalej? Zabranie jednego ze szczeniąt nie rozwiązałoby tego problemu, a o kosztownym zabiegu sterylizacji suczki nie było mowy. Wtedy postanowili, że ją oddadzą. Tak naprawdę to gdybym sama się po nią nie zgłosiła, nie wiem co byłoby dalej. Dziś nie ma śladu po żadnym ze szczeniąt.
Założyłam jej obrożę, zapięłam smycz i zaprowadziłam do nowego domu. Siedziałam z nią na dywanie i głaskałam, całe dłonie miałam potem czarne (spała wcześniej na węglu do pieca), ale kto by się tym przejmował w obliczu powrotu głowy rodziny, która była najbardziej na "nie". W końcu rozległ się dźwięk zamykania drzwi wejściowych, tata wszedł do salonu, niemal od razu zauważył, że jest nas więcej niż być powinno i zapytał "co to?", więc odpowiedziałam, że "nasz pies". Tosia wyglądała tak biednie i uroczo jednocześnie, że nie dało jej się nie pokochać. Od razu złamała jego serce, upewnił się tylko czy potrafi zachować czystość w domu i nie było już żadnych wątpliwości, czy z nami zostanie. 

Nigdy nie wyobrażałam sobie co byłoby, gdyby jednak tata kategorycznie się nie zgodził. Tosia pewnie trafiłaby do schroniska. Miała wtedy na tyle zwichrowaną psychikę, że w boksie z innymi psami mogłoby być już tylko gorzej. Decyzja o posiadaniu psa powinna być bardzo dobrze przemyślana, ale przez wszystkich członków rodziny, szczególnie wtedy kiedy jesteśmy jeszcze na utrzymaniu rodziców i nasz pies automatycznie też będzie. Poza tym nie tylko ze względów finansowych warto postawić się na miejscu innych domowników. Nie każdy musi lubić zwierzęta i w sytuacji, w której taka osoba zostaje postawiona przed faktem dokonanym na pewno nie czuje się komfortowo. Swój przypadek traktuję jako fart i mam nadzieję, że nikomu, kto dotrwał do końca nie przyjdzie do głowy taki pomysł na powiększenie stada ;).

20 komentarzy:

  1. Ciekawie się czytało :)
    Ja też zastanawiam się czasem "co by było gdyby". Gdybym nie miała uczulenia na koty, nie oddalibyśmy kotki. Nie zostałaby pustka w domu i sercu, nie pojawiłaby się Zuzia. Może zostałabym kociarą? Nie prowadziłabym bloga? A może nadszedłby czas, gdy miałabym psa i kota? A może byłabym bardziej wybredna, a może uważna, przy doborze psa? Zuzia była zaledwie 3 psem, którego nam w schronisku zaoferowano. A już była nasza. To było bardziej pod wpływem chwili, ale nie żałuję ;)
    Ostatnie zdjęcie jest cudne! Teraźniejsze czy z archiwum? :p

    Pozdrawiam,
    poprostuzuzia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. No to widzę, że adopcja pierwsza klasa ;) Najważniejsze jednak, że wszystko skończyło się dobrze, a teraz Tosia ma super dom.

    Pozdrawiamy,
    Ola i Habs

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze, ze na siebie trafiłyście!

    OdpowiedzUsuń
  4. chyba każdy kto miał rodzinę nastawioną na nie przeszedł kiedyś przez głowę taki pomysł :D sama kiedyś zrobiłam podobnie ze szczeniaczkiem od koleżanki, no ale wtedy wszyscy byli przekonani, że będzie "kategorycznym nie" i tak właśnie było, papi wróciło i swoją drogą dobrze, nie wyobrażam sobie psa w naszym domu w tamtym czasie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mój jest najzwyklejszym kundlem,też od koleżanki. Pojawił się tak od razu... Ale wszyscy go kochają, i naprawdę traktują go jak rodzinę. Po prostu życie bez niego byłoby inne, nie byłoby sierści w śniadaniu, drapania nad ranem, pieczątek łap na podłodze, spacerów... Ja nie wyobrażam sobie życia bez niego.:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja nie miałam nigdy odwagi, żeby postawić rodzinę przed faktem dokonanym. Dopiero jak poszłam na swoje pojechałam do schroniska po psa. Pracowałam wtedy "na czarno" i zarabiałam poniżej pensji minimalnej. Pierwsze miesiące kiedy trzeba kupić posłanie, obrożę, szelki, smycz, miski oraz masę innych rzeczy nieźle dały mi w kość finansowo. Ale pies od razu dostał Hillsa do jedzenia, bo przecież ja zawsze mogę na sobie zaoszczędzić. Teraz zarabiam o wiele więcej niż wtedy to i karma ze zdecydowanie wyższej półki. Ale to szczęście, że w końcu mam psa... Nie do opisania. Dodam, że wyprowadziłam się na swoje mając 27 lat, więc trochę się naczekałam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Moje kundle trafiły do domu w podobny sposób, z tym że ja miałam po swojej stronie mamę- psiarę. Pierwszego "mojego" psa wabiłam do domu kiełbasą, jak go ktoś na wsi w worku wyrzucił do rowu. Żył z nami przez 11 lat a według oceny weta miał już 7 gdy go znalazłam.
    Każdy sposób by zdobyć psa jest dobry, jeśli działa. Warto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Generalnie cała moja rodzina to zwierzoluby, ale starsze pokolenie ciężko znosi zmiany, pies w domu to spora zmiana, dlatego głównie tata był na początku nieugięty. Gdzieś tam w środku tliła się nadzieja, że się złamie, więc zaryzykowałam, ale to naprawdę nie było zbyt mądre, co przyznaję bez bicia :D.

      Usuń
  8. U mnie na mojego psa - Frugo również wszyscy byli na nie. Alergia mojej siostry na sierść zwierząt, mój tata, który bardzo dba o higienę, a wiadomo, że psy to nie są zbyt czyste zwierzaki. Koszty zbyt duże, bo mieliśmy wtedy już psa (mieszańca bernardyna i nowofundlanda, Bruno ciągle z nami mieszka ;)), w końcu udało mi się przekonać najtrudniejszy "przypadek", czyli mojego tatę. Pojechaliśmy do schroniska 12 kwietnia 2013 roku (w rocznicę ślubu moich rodziców :D), i nastawiłam się na małego kundelka, 3 letniego, Łatka. Jednak moja mama zobaczyła Frugo - małego mieszańca, miał wtedy około 8miesięcy, miał czarną sierść, od urodzenia w schronisku. Stwierdziłam - to jest mój nowy pies. Pojechał z nami, i dnia 28 września auto go potrąciło (uciekał, a że pies bez socjalizacji, bał się wszystkiego co w domu, dlatego musiał być na podwórku), uciekał jakoś dołem, na dole ogrodzenia. Z mamą przeszukałam kilkanaście razy porządnie to ogrodzenie, ale nie znalazłyśmy żadnej dziury. W końcu mój brat kiedyś przychodzi do mnie, i pyta się mnie, czy Frugo miał zieloną obrożę. Powiedziałam, że tak. Powiedział, że leży w rowie potrącony przez samochód. Bardzo zżyłam się z tym psem, i długo nie wytrzymałam bez pupila, i w październiku, dokładnie 10, 2013 roku Spike trafił do mnie do domu. Nie mogłam lepiej trafić. :) Niby pies z ulicy, ale jest bardzo pojętny i cudowny, wystarczy to dobrze wykorzystać :).

    OdpowiedzUsuń
  9. Historia ciekawa ,ale szalona. Ja sama jestem w gimnazjum i niedawno otrzymałam psa :-) Mój kudłacz jest jednak jak najbardziej przemyślany i zaakceptowany przez innych członków rodziny :-)
    morisdog.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Tropek trafił do nas w podobny sposób - miałam zaledwie trzy latka i strasznie marzył mi się szczeniak, taki jak ten z książeczki o piesku... Tropku ;) Tata pracował na budowie. Suczka dzieci mieszkających w sąsiedztwie urodziła szczeniaki i tata bez skonsultowania tego z mamą, zabrał od nich jednego ze szczeniaków. Mama była na niego potem bardzo zła, bo miała pod opieką małe dziecko i szczeniaka, a ja byłam najszczęśliwsza na świecie, bo w końcu miałam swojego Tropka ;) Nie wiem co by było, gdyby tata go nie zabrał, gdzie teraz by był, czy trafiłby do dobrych ludzi czy do schroniska... Mimo wszystko cieszę się, że to właśnie od trafił w moje ręce, nie znam innego psa, który z taką cierpliwością znosiłby zabawy trzylatki (tzn. wożenie psa w wózku [w którym lubił spać], uczenie go chodzenia na dwóch łapkach itd.)...
    A Tara i Tosia to były przemyślane decyzje całej rodziny :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Mimo że znam mniej-więcej tą historię czytałam z zapartym tchem XD
    Zresztą czytając Twoje posty mam wrażenie, że nawet jakbyś dosadziła 1200 słów eseju o wbijaniu gwoździa w ścianę to czytałabym z zapartym tchem xD

    OdpowiedzUsuń
  12. A jeszcze tak z serii: ciekawostki :D
    Czy wiesz, że... Przez Ciebie moja siostra przez dobre kilka miesięcy(jeśli nie rok conajmniej) łaziła ze smyczą i obrożą w kieszeni? :D
    Kiedyś pochwaliłaś się patentem na forum. A młoda, zdenerwowana na to, że rodzice nie chcą psa, bo i tak źle i tak niedobrze, postanowiłą z patentu skorzystać i ogarnąć kwestię na własną rękę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do pierwszego komentarza - mówisz serio? Wow, strasznie mi miło! :D
      A co do drugiego, to dzisiaj się z tego śmieję, ale jak tak sobie pomyślę, to nawet mając psa i nie planując kolejnego, nosząc taki zestaw można pomóc znajdzie wrócić do domu. Wiesz, błąka się coś, hyc w obrożę, do domu i można rozpocząć poszukiwania. Jak trafiam na fejsie na ogłoszenia o zagubionych psach, to często pojawiają się tam posty, że ktoś widział, ale pies nie chciał z nim iść i po ptokach. A jak nie smycz i obroża, to chociaż smaczki w kieszeni. My, psiarze prawie zawsze mamy w kieszeniach smaczki, nawet jak nie ma obok nas naszego psa... :D

      Usuń
    2. Serio. Strasznie lubię Twój styl od... no... Bardzo długiego czasu :D Chyba jeszcze od pbfów (łezka) :D

      Wiem, też o tym myślałam. W sumie to u mnie w Żarach tak się nie spinam, ale na Wrocku jakiś sznurek, resztki jedzenia i piłka(ta ostatnia wiecznie przypadkiem) walają mi się w ekwipunku. :D

      Usuń
  13. Oj, mogło się skończyć różnie :)
    W mojej rodzinie to i mama ciągle przynosiła znajdy do domu i młodsza siostra. Ja byłam od zatwierdzania i utwierdzania w przekonaniu, że tak, nie mam nic przeciwko siódmemu kotu czy szczennej suczce ;) Tylko tata się jeżył, ale jeden powód do jeżenia się w tą czy w tamtą...
    Babiniec wciąż jeszcze posiada dwie psie znajdy i chyba 4 kocie, choć zdaje się, że ostatnio pomieszkuje u nich kolejny kot sąsiadów. Uroki życia na wsi ;)

    Pozdrawiamy,
    Kasia i Cookie
    piescookie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  14. Z Okruszkiem miałam bardzooo podobnie, wzięłam przyjechałam z osobami ze schroniska i rodzice nie mieli wyjścia musieli podpisać papiery i zgodzić się na psa, tym bardziej że wyglądał jak ostatnia bieda :D

    Adres bloga o Okruszku uległ zmianie, aby być na bieżąco zaobserwuj ponownie merlaki.blogspot.com

    POZDRAWIAMY H&O

    OdpowiedzUsuń
  15. Też mi się przewinęło przez dom kilka znalezionych :) Istotnie, nie jest to najlepszy sposób na bycie właścicielem czworonoga, ba! to skrajnie nieodpowiedzialne. Ale przecież każde dziecko ma irracjonalne pomysły :) Rodzice też o tym wiedzą, a może sami w podświadomości chcą mieć psa, ale muszą dostać jakiś bodziec (w postaci faktu dokonanego jakim jest przyniesienie czworonoga) żeby ta podświadomość się obudziła :) W moim domu tak było. Zawsze gadanie że pies nie bo to, tamto. A jak już przyniosłam jakiegoś bezdomniaka to zawsze zostawał i był kochany przez wszystkich, a najbardziej przez tych którzy początkowo byli przeciwni :D
    Pozdrawiamy!
    K&T
    jackterror.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  16. u nas już w lipcu zagościłby nowy domownik, gdyby nie poważna choroba mojej mamy która nie dawno się u niej pojawiła..ale czasami życie zaplanowało dla nas inny las, albo właśnie taki, prawda? :)
    fajnie się czytało! zapraszamy do nas:
    http://cockercollie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń