17.05.2015

Do mnie! - o przywołaniu

W ankiecie, którą zrobiłam jakiś czas temu kilka osób prosiło o poruszenie tematu przywołania, o naszych problemach z tym związanych i jak sobie z nimi poradziłyśmy. Hmm... czy każdy musi mieć z tym jakiś problem? Jak sięgam pamięcią, nie przypominam sobie, żebym pracowała jakoś szczególnie nad tą umiejętnością, przywołanie zrobiło się u nas samo. 



Ginny jak większość szczeniaków na początku trzymała się bardzo blisko mnie. Nagradzałam ją za różne zachowania, w tym reagowanie na imię, proste komendy. Uciekałam jej czasami i nagradzałam za to, że podąża za mną. To samo robiłam, kiedy Gi zrobiła się śmielsza i zaczęła pozwalać sobie na wędrówki w pewnym dystansie ode mnie. Mimo, że dzieliły nas wtedy metry, nie przypinałam jej żadnej linki, spuszczałam ją tylko w bezpiecznych miejscach i jakoś tak... ufałam, że nie ucieknie. W międzyczasie pojawiła się zabawa w aportowanie. Mając w zanadrzu smaczki, piszczące piłki i zachowując się od czasu do czasu jak pacjent zakładu dla obłąkanych stałam się dla niej na tyle atrakcyjna, że nie widziała sensu w nie przychodzeniu do mnie, kiedy ją wołałam. 

"Człowiek mnie woła, na pewno będzie super, już lecę!" 
(na zdjęciu Ginny w wieku 3 miesięcy)


Nigdy nie pozwalałam jej jednak oddalać się zbyt daleko lub znikać mi z oczu, nieświadomie utworzyłam niewidzialną granicę, do której Gi swobodnie się zbliża, ale kiedy już stoi przed nią, czeka na mój ruch.

Nie wszystko było jednak zawsze takie różowe, ale bardzo szybko się z tym uporałyśmy. Mowa o pogoni za innymi zwierzętami. Ginny kocha gonić, to właśnie na tym wypracowałyśmy aport. Pamiętam, jak pierwszy raz pobiegła za zającem. Serce stanęło mi w gardle, ale w końcu zamiast stać jak słup zaczęłam uciekać w przeciwną stronę i bardzo głośno ją wołać, w takiej sytuacji nie ma miejsca na titanie i ciumkanie, trzeba się po prostu wydrzeć. Wróciła, uff... Wydaje mi się, że z zającem i tak nie miała wtedy szans, najbardziej bałam się, że wbiegnie do lasu i nie będzie wiedziała, jak wrócić. Co innego było z kotami. Od czasu do czasu w naszym ogrodzie pojawia się jakiś kot i bywa, że na swoje nieszczęście trafia na psa. Raz Gi mało co nie dorwała jednego, trzeba było na nią nieźle ryknąć, żeby się ocknęła. Oczywiście była mocno nagradzana za każde odwołanie. Dziś nie ma na koncie żadnego zwierzaka i bez problemu potrafi odwołać się w trakcie pogoni za czymś.

Z Tosią było trochę inaczej. Wzięłam ją jako dorosłego psa, miałam też trochę inaczej poukładane w głowie różne sprawy związane z kwestią przywołania. Nie umiałam od razu jej zaufać, więc na początku wychodziłyśmy na spacery z 5m smyczą flexi. Jakoś po miesiącu odważyłam się spuścić Tosię i okazało się, że niepotrzebnie tak się wcześniej denerwowałam. Bez problemu do mnie wracała, a jak miałam smaczki to przybiegła jeszcze chętniej. Czasami gdzieś się zawąchała i nadal tak robi... ;) dlatego trzeba mieć ją na oku, ale nie stanowi to dla mnie kłopotu. 


O niewidzialnej granicy, zasadach dotyczących przywołania i o wielu, fajnych ćwiczeniach przydatnych do nauki tej umiejętności przeczytacie w artykule Piotra Awenckiego w numerze 2/2015 Dog&Sport. Sporo informacji bardziej i mniej świadomie ;) wykorzystywałam w trakcie pracy nad przywołaniem u nas, zaowocowało to świetnymi efektami, więc myślę, że artykuł jest naprawdę godny polecenia. 


18 komentarzy:

  1. Z Sonią problemów w przywołaniu nie mam, ale ona od szczeniaka chodziła bez smyczy i szybko nauczyła się wracać na wołanie. Z Kermitem jest gorzej, ciągle się męczę z jego przywołaniem, bo potrafi mi zwiać jak go coś do tego zmotywuje, a wystarczającą motywacją jest uciekająca zwierzyna a tym bardziej coś jadalnego.
    Artykuł czytałam i jak dla mnie bardzo przydatny. Kiedyś byłam zdania że o przywołaniu już wszystko wiem i nasze problemy wynikają tylko z tego że za mało nad tym pracuję. Jakże się zdziwiłam kiedy w moje ręce wpadła książka "Aria, do mnie!". Teraz chłonę wszelką wiedzę na temat nauki przywołania i jak to mam w zwyczaju ze wszystkim, robię sobie notatki w moim magicznym zeszyciku (są tam notatki z seminariów, streszczenia artykułów, ważne informacje z książek).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogłabyś coś więcej napisać o tym Twoim zeszyciku? Jak coś takiego prowadzisz? Notujesz tam postępy po każdym treningu, czy może zapisujesz luźne myśli od czasu do czasu? Jak organizujesz w nim miejsce? Jestem ciekawa, bo mi też przydałoby się coś takiego, ale tak naprawdę to nie wiem, co konkretnie bym tam zapisywała. Dziękuję za odpowiedź :)

      Usuń
    2. U Tosi to była kwestia zaufania do dorosłego psa, któremu nie wiadomo co strzeli do głowy. Teraz już wiem, że Tosia nie pobiegnie za zającem czy czymkolwiek innym, bo jakby w ogóle nie ma popędu łupu. Zawsze traktowałam to jako hmmm wadę (?), ale ma to też jakieś plusy... ;)
      Dobry pomysł z tym zeszytem! :D

      Usuń
    3. Mam dwa zeszyciki - jeden z tymi notatkami, a drugi to dzienniczek treningowy gdzie spisuję postępy itp. Mogę o tym napisać na blogu :).

      Usuń
    4. Proszę mi tu bez kryptoreklamy, sio, sio! xD

      Usuń
  2. Ja też swojej suni nie uczyłam nigdy przywołania "na poważnie". Spuszczałam ją ze smyczy już w pierwszym tygodniu jej pobytu u mnie. Tak, jak ty miałam po prostu nadzieję, że nie zwieje. I tak jest do dzisiaj, trzyma się ona zawsze bliżej lub dalej mnie, kontroluje mnie wzrokiem czy przypadkiem jej nie uciekłam, nie działa jak automat odrywając się od wszystkiego i w pół sekundy przybiegając do mnie, ale też nigdy za bardzo się nie oddala i sama ma potrzebę trzymania się swojego stada. Teraz planuję wyczulić ją bardziej na komendę "do mnie", bo może się to przydać właśnie w przypadku pogoni, albo jak podbiegnie do ludzi, którzy się psów boją i mimo, że ja wiem, że ona nic im nie zrobi, to dla spokoju swojego i innych chcę móc ją szybko odwołać. Taki mamy cel na najbliższy czas.
    PS: Naszym awaryjnym przywołaniem zamiast gwizdka jest... "kici kici". Działa w każdych warunkach! ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nigdy nie używałam "kici kici" jako przywołania, ale jak tak sobie pomyślę, to w kryzysowej sytuacji u nas pewnie też by się sprawdziło :D.

      Usuń
  3. U nas nie ma szans na przywołanie, bo haszczakowi w tym zakresie nie można ufać bezgranicznie. Nawet nie próbuję nic w tej kwestii zmieniać, bo wybierając taką rasę liczyłam się z tym, że tak właśnie będzie. Natomiast w przypadku małej, jest problem natury myśliwskiej. Wiem, że jak wywęszy zwierzynę, to nie ma na nią siły, mogę wołać, prosić, a ona ma mnie w nosie. Dlatego moje psy chodzą na terenie nieogrodzonym na smyczy (flexi w przypadku małej, linka treningowa w przypadku dużego). Zresztą u mnie tereny spacerowe znajdują się w pobliżu bardzo ruchliwej ulicy i zwyczajnie bałabym się, że któreś z psów wybiegnie wprost pod nadjeżdżający samochód. Myślę, że są rasy, którym można w tej kwestii ufać bardziej, a innym mniej. Moje należą do tej drugiej grupy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja uczyłam Te przywołania od szczeniaka, a gdy zainteresował się czymś to właśnie odbiegałam w przeciwną stronę :) Teraz na spacerach, chociaż spuszczam go rzadko całkowicie ze smyczy, (wolę linkę 10m) nie odchodzi ode mnie na więcej niż 5m. Zatrzymuje się, czeka aż się zbliżę i dopiero dalej idzie. Nigdy go tego nie uczyłam, sam wie że przy mnie jest bezpiecznie :) W kwestii zwierzyny póki co, spotykaliśmy zające, jelenie i sarny. Dwóch ostatnich się bał i ze strachu chował za moimi nogami (strasznie z niego myśliwski pies hehe) a zając przemknął tak szybko, że nie został zauważony. Natomiast duże zainteresowanie wzbudzają kosy i kury :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeśli chodzi o Yuki to cieżko tu mowić o jakimkolwiek przywołaniu, jest albo linka, albo smycz. Nic wiecej. A u Tytusa (wiedząc ze te psy sa myliwymi) od małego papisia chodziłam z nim na pola wałkując przywołanie od rożnych zapachów czy zwierzątek. A artykuł również czytałam - i też polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Z Cody'm miałam problem z przywołaniem i uciekaniem.
    Postanowiłam wziąć się za siebie bo wiedziałam ze problem tkwi we mnie, nie w psie - on tylko szukał przewodnika, szukał wyraźnych poleceń żeby mógł je wykonywać. Po wielu treningach i ćwiczeniach w "pełni mocy". Mamy sukces! Teraz gdzie tylko możemy chodzimy bez smyczy! Możemy przejść całe osiedle bez linki i mieć Cody'ego przy nodze :)
    Pozdrowionka! :)
    https://myperfectyorkie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. U mnie z przywołaniem jest dobrze... w lesie. Niestety, gdy znajdujemy się np. w parku na spacerze z Klubem Miłośników Psów, gdzie tyle innych czworonogów do zabawy bywa różnie: pies albo przybiegnie albo nie.
    Podobnie jest, jak zobaczy jakieś zwierzę... Automatycznie za nim leci, a pańcię ma gdzieś. Musimy nad tym popracować. Grunt, że zawsze wraca... ;D

    Pozdrawiamy,
    Monia i Roxi,
    http://psie-perypetie.blogspot.com/ :).

    OdpowiedzUsuń
  8. My mamy lekkie problemy, ale u nas jest ogólnie spoko :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja się z moim nieźle napracowałam zanim zaczął ładnie przychodzić. Powiem tak - to wtedy polubiłam bieganie. Niby wiedziałam, że psa nie należy gonić jak ucieka, ale co jeśli nie zwraca uwagi na nasze oddalenie a sam znika za osiedlem?

    OdpowiedzUsuń
  10. Ginny ewoluowała z misia grizzly! Nie obawiałaś się, że któregoś razu podbiegnie do Ciebie mały niedźwiadek i potraktujesz jak swego?;)

    U nas problemy z przywołaniem były ogromne, teraz mamy to wypracowane, pozostał jednak problem podbiegania do ludzi, psów, a także gonitwy. Także my uczymy się odwołania, zatrzymywania w biegu, rezygnacji i samokontroli ;) ciężki kawał chleba :)

    Pozdrawiamy,
    Kasia i Cookie
    piescookie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małe niedźwiadki są spoko, ale ich obecność wiązałaby się też z dużymi rodzicami, więc cieszę się, że u nas żadnych nie ma. Dziki wystarczą ;).

      Powodzenia w pracy nad odwołaniem! :D

      Usuń
  11. U nas luna szybko się nauczyła 💨

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja też nie uczyłam moich psów przywoływania, bo jakoś same zrozumiały że mają przychodzić.
    Pozdrawiam,
    wesolepupile.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Projekt i wykonanie: Marta Swakowska © Psi Kawałek Internetu