04.12.2017

Żegnaj piesku

Od dłuższego czasu czuję, że muszę się z Wami czymś podzielić, tylko nie mam pojęcia jak to zrobić, bo żaden sposób nie wydaje się właściwy. W końcu stwierdziłam, że chyba napiszę po prostu, że jestem już tylko ja i Ginny.


Tosia odeszła od nas kilka miesięcy temu. Umarła na moich rękach. Nie wiem czy kiedykolwiek przeżyłam coś straszniejszego. Długo nie mogłam o tym rozmawiać, nadal jest to dla mnie bardzo trudny temat, dlatego o wszystkim wiedziały nieliczne, najbliższe mi osoby. Mimo upływu czasu, pisząc ten tekst łzy nadal cisną mi się do oczu. Mam jednak wrażenie, że nie pisząc o tym w ogóle, nie zamknę pewnego rozdziału, a jest to dla mnie bardzo ważne. 


Nie powiem Wam, że Tosia była "psem mojego życia", ale stanowiła jego bardzo szczególną część. 
Często żartowałam, że to taki chomik uwięziony w psim ciele, nie rozumiała zbyt wiele i kochała jeść, ale nie na tyle, by móc się przełamać w wielu kwestiach. Łączyła nas dość trudna relacja. Nawet kiedy całkowicie odpuściłam sobie jakiekolwiek ambicje szkoleniowe wobec niej, nie zawsze potrafiłam się z nią dogadać. Nie poznałam dotąd drugiego tak delikatnego psa jak ona. Wszystko co negatywne, choćby tylko w jej mniemaniu, bardzo szybko kojarzyła z daną sytuacją, a odkręcanie tego to była orka na ugorze. Kiedy zabrałam ją do domu, do głowy by mi nie przyszło, że tak będzie później wyglądać nasze wspólne życie. W ogóle do siebie nie pasowałyśmy. Zastanawiałam się czy nie byłoby jej lepiej gdzie indziej. Tylko, że to był MÓJ pies. Mimo przebytego morza frustracji brakuje mi jej roześmianej mordki i rozmerdanego ogonka, które zawsze witały mnie po powrocie do domu. Brakuje mi chwil, kiedy wystrzeliwała jak z procy, startując ze swojej bazy pod kanapą, w sekundę znajdując się przy lodówce. Tęsknię za stopowaniem jej w "bijatykach" z Ginką, które zawsze odbywały się między meblami, bo na spacerze Tosia miała swoje zajęcia i swój świat. Pragnę zapamiętać ją wesołą, czasami może nawet trochę za bardzo, kiedy machała przednimi łapkami i dygotała z radości, z tymi jej wielkimi, brązowymi oczkami, które aż świeciły się na widok tego, co sprawiało jej największą przyjemność. Ciągle nie potrafię uwierzyć, że już jej nie ma.



Przez tyle czasu trudno było mi tutaj pisać, blog zaczął się właśnie od Tosi. Bardzo chciałabym do tego wrócić, mam kilka wpisów roboczych (niektóre z nich zaczęłam jeszcze na początku roku), ale czuję jakąś wewnętrzną blokadę przed kończeniem ich i publikowaniem. Mam nadzieję, że niedługo to się zmieni. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Projekt i wykonanie: Marta Swakowska © Psi Kawałek Internetu